środa, 19 sierpnia 2015

but first, let me take a selfie

Wbrew pozorom „selfie” nie jest współczesnym wynalazkiem, jak mogłoby się wydawać. Już kilkaset lat temu artyści uwieczniali się na płótnach, deskach i wszystkim innym na czym tworzyli. Jedyna różnica polega na tym, że kiedyś zamiast selfie nazywano to autoportretem. Zasada tworzenia dokładnie taka sama jak teraz, twarz, trochę tła, czasami jakiś przedmiot w kadrze, żeby niby mimochodem pochwalić się jacy to znaczący są skoro to mają (dzisiaj jakiś iphone, kiedyś ładne pióro, albo pędzel).

Oto lista trzech autoportretów które już dawno skradły moje serce.



Parmigianino- Autoportret w wypukłym zwierciadle (ok. 1524)
Na samym początku wrażenie robi kształt obrazu, zamiast przeciętnego prostokąta jest koło. W dodatku niewielkie, zaledwie nieco ponad 24 cm średnicy. Pomysł zaczerpnięty z Zaślubin autorstwa van Eycka, co świadczy, że pomimo młodego wieku, zaledwie 21 lat, był obyty ze światem sztuki i wcześniejszych mistrzów. Świadom swojego geniuszu, twierdził, że jest nowym wcieleniem Rafaela (Rafaela znają wszyscy, tylko o tym nie wiedzą. Jeśli chcecie wiedzieć kim był, to te urocze aniołki są właśnie jego: http://www.kartkireligijne.eu/kartki/1/750.jpg ).Vasari o tym obrazie mówił, że jest tak piękny, iż „zdaje się być raczej aniołem niż człowiekiem”. Kwestia gustu. Trzeba jednak przyznać, że malarz nie poszedł na łatwiznę. Ręka- artyści w większości nie lubili (bo nie umieli) tworzyć rąk. Jedna im jeszcze wychodziła, ale gdy mieli malować dwie to dostawali białej gorączki. Parmigianino swoją dłoń umieszcza na pierwszym planie, istnieją dwie teorie po co to zrobił. Chciał pokazać, że jest genialny bo umie namalować ładną dłoń, albo chciał pokazać, że to właśnie ta dłoń stworzy piękne dzieła. Jest tu pewne przekłamanie, ponieważ zakładając, że malował swoje własne odbicie to widoczna dłoń jest lewa, a malarz był praworęczny, jednak ludzie którym pokazywał ten obraz jako swoją wizytówkę nie byli aż tak dociekliwi. Dzieło zdobi ściany Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, trzeba się go trochę naszukać (zamiast powiesić je obok Amora napinającego łuk, w dużej sali to umieścili go gdzieś na bocznych „uliczkach”), ale gdy już się go znajdzie to nie można przejść obojętnie.  





Albrecht Durer- Autoportret jako Chrystus (ok. 1500)
Uderzenie w uczucia religijnie zawsze wywołuje zamieszanie wokół osoby która to zrobiła. Kościół w tamtym czasie borykał się ze sporymi problemami, papieżem był Borgia, nie cieszący się uznaniem, wręcz przeciwnie. . Durer niewiele miał z tym wspólnego, kościół był już w wystarczającej rozsypce, gdy on przedstawił siebie jako Chrystusa. Gdyby to dzieło powstało w dzisiejszych czasach, istnieje spore prawdopodobieństwo, że wywołałoby ogromny skandal, oburzenie, a autor zapewne byłby szykanowany za profanacji. W czasach Durera część też uważała ten obraz za bluźnierczy, inni natomiast uznawali go za niezwykle pobożny. Natomiast ani jedno ani drugie nie było celem artysty. Ukazał siebie- artystę, na podobieństwo twórcy świata (Salvator Mundi). Chrystus zbawił świat swoją śmiercią, malarz chce zbawić sztukę swoimi dziełami. W centralnej części obrazu widoczna jest ręka- aby zamanifestować, że to właśnie ona stworzyła to i wiele innych dzieł. Między palcami widoczne są pojedyncze włosy futra które ma na sobie. W połączeniu z dłonią można to odczytywać jako „ta ręka stworzyła coś tak genialnego, jak to włosie, 
kto inny umiałby je tak namalować?”





Rembrandt- Autoportret 
Jest jednym z tych malarzy którzy siebie portretowali najczęściej. On sam był jedynym modelem którego zawsze miał pod ręką, który nie chciał zapłaty i który był w stanie pozować przez cały czas malowania. W swojej późnej twórczości autoportrety służyły do eksperymentowania za światłem, farbami i fakturą, te wcześniejsze do ćwiczenia anatomii, wprawki w chwytaniu emocji. Zazwyczaj nie niosły one ukrytych symboli, metafor ani nic podobnego. Były po prostu malarskimi wprawkami. Mój ulubiony autoportret Rembrandta nie jest nawet obrazem, a grafiką. Na początku napisałam, że selfie nie jest współczesnym wynalazkiem. Selfie z dzióbkiem też nie.  




wtorek, 11 sierpnia 2015

Małe jest piękne

                       „Małe jest piękne” chyba każdy wielokrotnie słyszał to w swoim życiu. W sztuce małe też jest piękne, tylko prawie nikt tego nie widzi. „Lepsze” wrażenie robi 3 metrowy obraz, choćby technicznie był na poziomie podstawówki to rzuci się w oczy bo jest po prostu wielki. A to, że coś jest duże wcale nie znaczy, że jest dobre- wręcz przeciwnie, często jest bardzo mizerne. Dlatego przedstawiam mojego ulubieńca małych formatów, absolutnego mistrza spokojnych kadrów, z kobietami podczas codziennych czynności. Jan Vermeer van Delft. Jeśli ktoś go kojarzy, to tylko przez Dziewczynę z perłą, a to jeden z jego- moim zdaniem, najgorszych obrazów. Skupmy się na jednym z moich ulubieńców- Mleczarce. Nie jest to najmniejszy obraz w dorobku malarza, ale nieustannie zapiera mi dech w piersiach szczegółami których na pierwszy rzut oka nie widać.



Obraz wygląda całkiem zwyczajnie, kobieta przelewa mleko, nic nadzwyczajnego. Jeden z częstych widoków w domach, służba przy pracy, kto by się przejmował. Vermeer się przejął, w swych pracach składa hołd kobietom wykonującym domowe czynności, właściwie tylko w ten sposób je uwiecznia. Obraz może się podobać lub nie, nie każdemu podoba się ta Pani, ale nie to jest tu najważniejsze. Przy Vermeerze proponuję zwracać uwagę na drobnostki, zaczynamy.

Po pierwsze, widzimy kobietę. Spójrzmy więc na jej ubranie. 


Widać każdy szew, zagniecenie ubrania, przybrudzenie na mankiecie. W takim formacie wielu malarzy nawet nie zwróciłoby uwagi na takie szczegóły. Dlatego to, że są świadczy o geniuszu Vermeera.


Po drugie, kobieta leje mleko, spoglądamy na stół, a tam co? Pieczywo w koszyku. 
Niby zwykłe, ale gdy uświadomimy sobie, że koszyk ma kilka centymetrów zaczyna robić większe wrażenie. Później, już pod wrażeniem patrzymy na jakość tego koszyka. Mimo wady wzroku dokładnie sploty wikliny. Skoro cały koszyk ma kilka centymetrów to ucho tego koszyka musi być jeszcze mniejsze, czyli ma ok. 4-5 cm, teraz wyobraźcie sobie jak malutkie są sploty. Robi wrażenie, prawda?







Po trzecie, spójrzmy w dół. W prawy dolny róg, widać skrzyneczkę/puszkę (nie mam pojęcia co to dokładnie jest). 
Zostawmy ją w spokoju i spójrzmy dalej. Widać kafelki na ścianie, a na kafelkach widać wzorek.



Wyobraźcie sobie, że jesteście malarzami, macie do dyspozycji płótno wielkości 45,5x41 cm (bo właśnie tyle ma Mleczarka). Znaleźliście odpowiedni kadr, modelkę, macie rekwizyty, malujecie. Ile ze szczegółów z tego obrazu namalowalibyście na swoim? Zapewne połowę mniej. I właśnie dlatego to Vermeer jest znanym malarzem ;)